Polacy w służbie dyplomatycznej UE

Raport Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych nt. obsady stanowisk szefów delegatur Unii Europejskiej w przededniu powołania Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych stał się powodem ożywionej debaty w polskich mediach. Dziennikarze szybko powiązali brak Polaków wśród kandydatów na szefów delegatur UE z efektywnością polskiej dyplomacji i oceną b. szefa UKIE Mikołaja Dowgielewicza. Czy słusznie?

Treść udostępnionego raportu PISM pokazuje fatalne położenie nowych państw członkowskich Unii Europejskiej w strukturach dyplomacji UE. Potwierdziły się obawy, że w niektórych obszarach mamy ewidentnie do czynienia z Unią dwóch prędkości. Dominacja starych państw UE nie jest zaskoczeniem, jednak niepokoi sytuacja w której rząd Francji z jednej strony oznajmia, że wraz z tworzeniem delegatur UE nie widzi potrzeby zamykania własnych placówek dyplomatycznych, a z drugiej strony uzyskuje największą narodową reprezentację na stanowiskach szefów wspomnianych delegatur UE.

Minister Mikołaj Dowgielewicz, były szef UKIE a obecnie sekretarz stanu w MSZ twierdzi w wywiadzie udzielonym Rzeczpospolitej, że „wybór kandydatów na stanowiska ambasadorskie będzie się odbywał na podstawie oceny kompetencji kandydata”. Trudno wierzyć w rzetelny konkurs kompetencji jeżeli kandydat na Ambasadora do Moskwy nie mówi po rosyjsku, a do Pekinu po chińsku. Co więcej kluczowe z punktu widzenia polskiej polityki zagranicznej stanowiska na obszarze post-sowieckim obejmą głównie kandydaci z Południa Europy.

Minister Dowgielewicz tłumaczy, że  „Polacy mieli mniejsze szanse, bo każdy musiał przepracować w centrali dwa lata, zanim wyjechał na placówkę zagraniczną.”  Jeżeli faktycznie obowiązuje reguła 2 lat stażu na wysokim stanowisku w Komisji, to winą rządu jest, iż nie naciskał, aby ta reguła nie obowiązywała nowych państw członkowskich. Nasz lobbing musiał być też niewystarczający skoro nawet Litwinom mającym zaledwie 8 pracowników w DG Relex – kiedy Polska ma 36 – udało się wywalczyć miejsce Ambasadora UE w Afganistanie.

Wiele przykładów z dotychczasowej praktyki wysokich urzędników UE pokazuje, że szereg zasad przyjętych w Brukseli to nie zasady prawne sensu stricte lecz zwyczajowe, czytaj „często pomijane”. Przykładem nietransparentnej nominacji jest choćby casus Jose Manuela Barosso, który w lutym 2010 roku powołał na przedstawiciela UE w Waszyngtonie byłego szefa własnego gabinetu pana Joao Vale de Almeida, czym wywołał irytacje Catherine Ashton, nowo wyłonionej Wysokiej Przedstawiciel Unii Europejskiej ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Warto zaznaczyć, że Almeida zastąpił na tym stanowisku byłego premiera Irlandii Johna Brutona.

Zgodnie z zakresem obowiązków umieszczonym na stronie internetowej MSZ Minister Dowgielewicz „odpowiada za problematykę zatrudniania obywateli polskich w instytucjach i agendach Unii Europejskiej”. Problem w tym, że minister Dowgielewicz jest adwokatem w swojej sprawie. Trudno spodziewać się, że czekając na decyzję Catherine Ashton dotyczącą jego kandydatury na jedno w wyższych stanowisk w UE będzie skutecznie lobbował w sprawie innych polskich kandydatów. Dodatkowo, jako urlopowany pracownik Komisji Europejskiej jest w bezpośredniej zależności od swojego byłego/przyszłego pracodawcy. Na marginesie, warto przypomnieć, że minister Dowgielewicz jest odpowiedzialny za stan przygotowań Polski do prezydencji w Radzie UE, kiedy powszechnie wiadomo, iż jest gotów przed prezydencją porzucić swoje obecne stanowisko. W tym samym czasie członkowie polskiego korpusu prezydencji muszą podpisywać umowy zobowiązujące ich do pozostania na stanowisku do zakończenia prezydencji.

Choć jak twierdzi minister Dowgielewicz „Polski rząd wywalczył również nową zasadę, według której na stanowiska w powstającej Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych będą przyjmowane osoby o najlepszych kwalifikacjach z uwzględnieniem równowagi geograficznej” to realia z czerwca 2010 roku pokazują, iż nikt jej przestrzegać nie planuje. Trudno dostrzec co polskie rządy robiły przez ostatnie 6 lat, aby jednak kogoś na stanowisko Ambasadora z ramienia UE wysłano.

Zastanawiającym jest również, że szybko po ukazaniu się artykułów prasowych nt raportu PISM jego nowy szef dr Marcin Zaborowski musiał wydać oficjalne oświadczenie, w którym podkreślił, że „celem tego raportu było ukazanie istniejących nieprawidłowości, za które żaden z polskich rządów nie ponosi odpowiedzialności”. W ten sposób minister Radosław Sikorski oraz jego poprzednicy zostali zwolnieni z odpowiedzialności za polską reprezentację, a właściwie niemal jej brak w strukturach dyplomacji Unii Europejskiej.

Szkoda, że autorzy jednego z lepszych polskich raportów z obszaru dyplomacji europejskiej musieli – najpewniej pod presją MSZ – wycofywać się rakiem z oczywistych wniosków. Należy mieć nadzieję, że minister Radosław Sikorski powierzy niebawem sprawy europejskie w MSZ urzędnikowi o charakterze państwowca.

Tekst oryginalnie opublikowany jako Stanowisko Pułaskiego na www.pulaski.pl w dniu 24 sierpnia 2010 roku.

3 komentarze to “Polacy w służbie dyplomatycznej UE”

  1. Asia N. napisał(a):

    Ostre ale prawdziwe. Prosze o wiecej i pozdrowienia 😉

  2. Magda napisał(a):

    Bardzo ciekawy i dobry tekst. Samo sedno polskich realiow.